Kiedy zaszłam w pierwszą ciążę (nie do końca zaplanowaną ;)), od początku na to coś, co siedziało w brzuchu, mówiliśmy „Oluś”. No bo przecież syn dużego Olka to mini Oluś. I tak radośnie przez kolejne tygodnie ciąży mieszkał sobie w brzuchu ten Aleksander. Kiedy z USG w 16 tygodniu ciąży przytaszczyłam do domu plik czarno-białych zdjęć, na których pomiędzy rozłożonymi nóżkami świecił ON – pisiorek jak złoto, zaczęły się poważne obrady na temat imienia. No bo w sumie Aleksander syn Aleksandra…? No chyba nie za bardzo.

I tak przeszliśmy przez wszystkich Tymków, Szymków, Michałów, Adasiów, Adrianów, Patryków. Nawet Igorem w pewnej chwili powiało. Ale jeśli przez dwa miesiące brzuch był po prostu Olkiem, to wszystko inne przestało do niego pasować.

USG w 21 tygodniu ciąży okazało się i zbawienne i straszne. Przeszczęśliwa pomaszerowałam oglądać syna mego jedynego na obrazie 3D, w szczegółach, w kolorze i w ogóle. Już wcześniej zaplanowałam, że poproszę panią doktor o zbliżenie na zawartość między nogami, żeby mieć żółto na czarnym, że rośnie chłop. Byłam przekonana, że jak zobaczę mojego brzuchowego lokatora na takim bardziej realnym obrazie, to imię samo przyjdzie do głowy. Rozłożyłam się wygodnie przed gabinetowym telewizorem i oczekiwałam na badanie. Tuż po tym, jak pani doktor przystawiła do brzucha głowicę, powiedziała: „Z pewnością jest to dziewczynka”!

I koniec. Reszty badania nie pamiętam, bo doznałam takiego szoku, że nie mogłam się skupić. Gdzieś tam jednym uchem wpadło, że zdrowa, że piękna i że łysa, ale w głowie miałam tylko: „jak ja to powiem Staremu”? Chyba mocno musiałam pani doktor o tej płci biadolić, bo kiedy wykonywała opis badania i ze zniecierpliwieniem trzeci raz powtórzyła, że o pomyłce nie może być mowy, to na dole kartki, drukowanymi literami dodała słowo: DZIEWCZYNKA. I postawiła obok niego wielką, bezkompromisową kropkę.

Tak tak, wiem. Najważniejsze, że zdrowe. Powtarzałam to sobie jeszcze milion razy tamtego dnia i trzy miliony razy przez następne trzy dni. Ale myśl o tym, że to chłopiec tak mocno się we mnie zakorzeniła, że nie mogłam przyzwyczaić się do nowego stanu rzeczy. Duży Aleksander też nie. Automatycznie brzuch przestał być Olusiem. Zaczął być Hanią. I to bezapelacyjną Hanią, bo imię dla dziewczynki zostało ustalone już wcześniej, kilka dni po tym, jak badania krwi wskazały na piąty tydzień ciąży. I to się nie zmieniło, początkiem września 2017 roku przywitaliśmy na świecie Hannę.

Druga ciąża już nie przyniosła podobnych niespodzianek. Przez komplikacje, jakie towarzyszyły jej od początku, musieliśmy wykonać specjalistyczne badanie wolnego płodowego DNA. I ono już na bardzo wczesnym etapie ciąży jest w stanie z pewnością ok. 99% określić płeć dziecka. Wiedzieliśmy, że czekamy na młodego mężczyznę. Tym razem jednak daliśmy spokój Tymkom, Szymkom i Michałom. Igorowi też. Od razu wiedzieliśmy, że jedyne słuszne imię dla tego kawalera to Aleksander. Aleksander II, syn Aleksandra I Starego.

Ponieważ pytania o imię dziecka pojawiają się w ciąży bardzo często – spotykałam się z różnymi reakcjami na to, że dziecko będzie nosić to samo imię, co jego tata. Niektórzy oczywiście twierdzili, że spoko pomysł, ale dotarły do mnie również obiekcje:

  • Co zrobicie, jak przyjdzie polecony?

Nic. Po pierwsze dlatego, że nie wywiesiliśmy na drzwiach kartki, że mieszka tu drugi osobnik o tym samym imieniu. Po drugie dlatego, że Młody jeszcze na szczęście ze skarbówką i innymi przyjemnymi instytucjami nie zadarł. Jak skończy osiemnastkę, to się go najwyżej eksmituje na studia. Ktoś próbował mnie przekonać, że syn brata stryjenki z Kalisza musiał jechać na pocztę osobiście i udowodnić, że polecony jest właśnie do niego. Nie uwierzyłam.

  • Innych imion nie było?

Były.

  • To przecież się będzie mylić! Jak do nich mówić?

Serio? Naprawdę można wymyślić pół pierdyliarda zwrotów, zwłaszcza na takiego małego bąka. W naszym przypadku to Oli, Olinek albo po prostu Pan Olek 😉 W dodatku, kiedy Oli trochę urośnie, a ja będę potrzebować w domu męskiej ręki do pomocy mogę krzyknąć: „Olek”! I jest szansa, że przyjdą oba Olki. A na pewno jest większa szansa, że przyjdzie którykolwiek, skoro jest ich dwóch J

Wspólne imię to jeszcze garść zabawnych sytuacji w rozmowach między nami.

– Olek! Nawaliłeś w pieluchę!

– Nie, naprawdę nie! – odpowiada Stary.

Na razie nie dostrzegamy minusów wynikających z faktu, że chłopaki noszą to samo imię. Zobaczymy, jak zaczną przychodzić polecone 😉

tytuł cel

Jak kto ma sprawę, to rzucam wszystko i pędzę odpisać. Chyba, że w ręku mam akurat dziecko albo Milkę truskawkową, to mail będzie musiał poczekać. Tak, czy owak – zapraszam do kontaktu: a.kunderman@gmail.com albo tutaj:

Jeśli wypłata nadciąga z odsieczą dopiero za kilka dni, kup dzisiaj, zapłać później!