Sprzedażą samochodów używanych zajmuję się od kilku lat. Porzuciłam w tym celu biurko, dwa kilo kluczy i setki tysięcy złotych tygodniowo. Problem był tylko taki, że biurko było ciasne, a te tysiące nie moje. Ale o banku to może innym razem.

Szczęśliwie udałam się na rozmowę kwalifikacyjną do jednego z dużych salonów samochodowych. Podczas niej poziom moich kłamstw doskonale zgrał się z poziomem obietnic pracodawcy i tak to się zaczęło. Co prawda jak tylko usłyszałam „samochody UŻYWANE”, to od razu zobaczyłam siebie, siedzącą w blaszaku ogrzewanym farelką, w czapce uszatce, z kubanem gorącej herbaty. Na wielkim polu trawy kilkanaście sztuk złomiastego szmelcu ściąganego zza zachodniej granicy. Oczywiście za każdą sztuką właściciel wciąż jeszcze płacze. Na szczęście to nie ten kierunek. Garnitur zamiast kufajki, szpilki zamiast gumofilca. Jest nieźle.

Przez te kilka lat pracy sprzedałam kilkaset samochodów używanych. Od maleńkich miejskich pierdzibąków po spore terenówki. Różne marki, różne ceny, różni klienci – z niektórymi mam kontakt do dziś. Pomysł napisania tego poradnika wziął się z faktu, że często moimi klientkami były także kobiety – samotne mamy, wdowy. Niektóre z nich nie miały w tym zakupie oparcia w nikim, kto by się znał, a przez to były tak zestresowane, że ta transakcja śniła im się pewnie po nocach jako najczarniejszy koszmar. Tak naprawdę, to „nie taki diabeł straszny”… Sprzedam wam parę tipów, jak kupić dobrą używkę i nie przypłacić tego zdrowiem psychicznym 😉 Możecie śmiało chłopom ten poradnik pokazać. Ja wiem, że nasi mężczyźni na samochodach znają się najlepiej i kto by tam baby w tym temacie słuchał, ale warto spróbować. Zatem: jak kupić dobry samochód używany w świecie samych bezwypadkowych perełek, którymi Niemka jeździła tylko do kościoła w niedzielę (a od poniedziałku do soboty trzymała pod kocem, of course)?

Tanie jest drogie

Nie stać cię na tanie auto, pamiętaj. Bierzemy oczywiście na tapetę takie samochody, które mają dłużej nam posłużyć, może pocieszyć oko i wprawić w lekutką zazdrość sąsiada. Tico rocznik ’92 za złotych czysta pięćdziesiąt pewnie drogie w utrzymaniu nie będzie. Ale jeśli okazuje się, że upatrzony samochód jest kilka tysięcy złotych tańszy od innych samochodów o podobnych parametrach – niechaj się w głowie lampka zaświeci. Może oczywiście być tak, że komuś bardzo na sprzedaży zależy, ale najczęściej to powód, któremu na imię: awaria, naprawa, fakturka-od-mechanika. Przy takich autach wyjątkowo weryfikujcie. Pytajcie o nadchodzące naprawy (wymiana rozrządu, klocki i tarcze hamulcowe, bieżące przeglądy itd.), bo cena może być niska właśnie przez to, że szykuje się jakaś finansowa bomba. Mocno też zwracajcie uwagę na przeszłość tego auta. Jak to zrobić? Opiszę dalej.

„Niebity panie! BEZWYPADKOWY”

Pytanie o to, czy ten samochód jest bezwypadkowy usłyszałam w pracy trzy miliony trzysta dwa razy. To słowo jest tak powszechne i tak nieoczywiste, że też na nie uważajcie. Samochód mógł przypominać harmonię dziadka Staszka albo tonąć w powodzi, a sprzedawca może użyć stwierdzenia, że jest bezwypadkowy i wiecie co? Będzie miał rację. Nasze wspaniałe prawo określa wypadek jako zdarzenie, którego skutkiem była czyjaś śmierć albo uszczerbek na zdrowiu trwający dłużej niż 7 dni. Czyyyyli, jeśli ktoś zameldował mi się w bagażniku swoją chłodnicą pozbawiając mnie połowy samochodu, a ja się szybko pozbierałam i w szpitalu spędziłam 5 dni, to BEZWYPADKOWE! Bo to tylko kolizja…

Wiem, że klienci nie mają tej świadomości i pytając o bezwypadkowość mają na myśli po prostu uszkodzenia samochodu. Ale precyzujcie pytania, bo ktoś będzie wredny i to wykorzysta. Pytajcie po prostu, czy samochód przechodził naprawy blacharsko-lakiernicze.

Naprawa blacharsko-lakiernicza? Do widzenia!

Pamiętam do dziś, jak sprzedawałam rodzinie niewielkie miejskie auto. Oczywiście dla żony, bo łatwo zaparkować. Ma być szare, metalik. Jest piękny egzemplarz, wszystko super, zachwyceni, umowa, faktura, ale wcześniej mówię, że samochód miał polakierowane drzwi pasażera. Cisza, konsternacja, miny zrzedły. Odnajduję zdjęcia sprzed naprawy: przez całą długość drzwi rysa, zapewne życzliwie wyryta kluczem tudzież innym gadżetem jakiegoś dobrego człowieka. Poza tym czyściutko.

– Nie nie, to dziękujemy, bo tym samochodem będą jeździć dzieci.

Tym razem ja milczę. Styki mi się w głowie przegrzewają, bo próbuję znaleźć związek i nic. Że rysa i dzieci, to co?

– Musi być bezpieczne.

Pamiętajcie, że nie każda naprawa blacharsko-lakiernicza dyskwalifikuje samochód. Jeśli właściciel pojazdu jest w stanie przedstawić historię naprawy, jeśli została ona przeprowadzona porządnie albo jeśli uszkodzenia (jak w załączonej historii) były niewielkie – nie ma się czego bać. Rysa na drzwiach z pewnością nie wpłynie na bezpieczeństwo „bombelków”.

Jak sprawdzić, czy była naprawa?

No cóż, czujnik grubości lakieru prawdę ci powie. Bez sensu do jednej transakcji kupować swój, można pożyczyć. Jeśli kupujemy samochód w salonie, to na pewno mają do dyspozycji. I tu ważne rzeczy, bo potem wychodzą kwiatki:

  • samochody są lakierowane w dość powtarzalny sposób i zazwyczaj czujnik pokazuje podobne wartości, ALE! Czujnik daje wynik w mikronach, a jeden mikron to 1/1000 milimetra. Tak, BARDZO mało. Więc te wyniki NIGDY nie będą idealnie równe, nawet w nowiutkich samochodach, które świeżo zjechały z linii produkcyjnej. Nie będą i już. Wahania od kilkunastu do kilkudziesięciu mikronów to norma.
  • dany element w samochodzie mógł zostać wymieniony na nowy albo używany w tym samym kolorze. Wtedy czujnik nie pomoże.

Zwracajcie też uwagę na tworzywo, do jakiego końcówkę czujnika przykładacie. Miałam taką sytuację, że przyjechał na zakup z klientem jego – oczywiście – szwagier. Szwagier się zna, szwagier wie. No i szwagier bierze czujnik, leci do Opla Insignii, przykłada końcówkę do maski i wrzeszczy: „co mi tu pani opowiada, że nierobione, jak tu tyle kitu nawalone, że czujnik nawet nie pokazuje pomiaru”! Czujnik, proszę państwa, ma różne końcówki. Do elementów blaszanych i do aluminium. Akurat Opel Insignia ma maskę z aluminium. Pan szwagier nie wiedział i zdążył się tą niewiedzą popisać zanim zmieniliśmy końcówkę w czujniku. Na większości samochodów jest także plastik – zrobione są z niego zderzaki. Za moich czasów nie było jeszcze czujnika, który by na plastiku mógł sprawdzić grubość lakieru.

Przebieg? On panie tylko w niedzielę jeździł, co drugą nawet.

No nie. No po prostu nie. Wiecie, my żyjemy w kraju, w którym można komuś wmówić, że dwudziestoletni Golf sprowadzony z Niemiec ma przebieg 153 tysiące, bo jeździła w nim babcia. Do sklepu na osiedlu obok. A dajemy sobie to wmówić, bo koniecznie chcemy samochód z małym przebiegiem. A jak my chcemy, to handlarz Wiesiek dla nas taki przebieg przygotowuje. Na temat przebiegu można by napisać osobną książkę, ale ja powiem tylko: zweryfikujmy swoje oczekiwania. Samochody produkowane są po to, żeby nimi jeździć. Zdecydowana większość ludzi rzeczywiście nimi jeździ, dlatego niepokojące jest to, że w sprzedaży w Polsce mamy prawie same te „do kościoła”. Pamiętajcie też, że 200 tysięcy, to jeszcze dla auta nie wyrok. Większość samochodów będzie sobie całkiem nieźle radzić i po przekroczeniu tej magicznej bariery. A co zrobić, żeby nie kupić „skorygowanego” licznika? Wnikliwie analizujcie dokumenty. Jeśli samochód posiada książkę serwisową, w której niemiecka stacja obsługi wpisywała co roku przebieg o 40 tysięcy większy, a nagle w Polsce tych kilometrów jest za mało – coś może być nie tak. Sprawdzajcie dane na www.historiapojazdu.gov.pl Od kilku lat diagności wpisują przebieg podczas przeglądu technicznego. No i szukajcie informacji w różnych źródłach – jeśli samochód pochodzi z polskiego salonu i jest w miarę świeży – można też poprosić o jego sprawdzenie w autoryzowanej stacji obsługi na podstawie numeru identyfikacyjnego VIN.

System nie wyrocznia

Kilka lat temu rozmawiałam z mężem koleżanki, który upierał się, że sprawdził swojego nissana w salonie, jeszcze przed zakupem. Wpisano numer VIN i wyszło, że NIEBITE. I jak tam tak wyszło, to tak jest i już.

I to jest mój ulubiony mit na temat sprawdzania VIN. Dlaczego? Bo w systemie danej marki będzie tylko to, co zostało do tego systemu wprowadzone. Załóżmy, że wcześniej to ja jechałam rzeczonym nissanem. Przywaliłam w jakiś słupek, czy inne drzewo. Potłukłam reflektor, wgniotłam maskę i błotnik. Niby niedużo, ale jednak. A że mój wujek Zenek prowadzi we wsi blacharkę samochodową, to pojechałam do niego i tam naprawiono nissana, który teraz wygląda jak nówka sztuka. I pytam: skąd ma o tym wiedzieć autoryzowana stacja i jak w systemie (o którym wujek Zenek nie ma nawet pojęcia) miałaby się ta informacja znaleźć? Dlatego nawet jeśli ktoś śpiewa na lewo i prawo, że można sprawdzić w ASO, bo tam czysto, to niech to nie uśpi waszej czujności.

I kupujcie od kogoś, z kim będzie choć cień szansy na zachowanie późniejszego kontaktu. Bo w tym naszym pięknym kraju wciąż obowiązuje zasada „do bramy i się NIE ZNAMY”! 😉

tytuł cel

Jak kto ma sprawę, to rzucam wszystko i pędzę odpisać. Chyba, że w ręku mam akurat dziecko albo Milkę truskawkową, to mail będzie musiał poczekać. Tak, czy owak – zapraszam do kontaktu: a.kunderman@gmail.com albo tutaj:

Jeśli wypłata nadciąga z odsieczą dopiero za kilka dni, kup dzisiaj, zapłać później!